Lubię niekonwencjonalne pomysły w wielu dziedzinach (sztuki i nie tylko). Intrygują mnie tajemnice i bohaterowie, którzy nie są wyidealizowani; mają wady. Wszystko to sprawiło, że po przeczytaniu opisu „Złodzieja snów” uznałam, że to propozycja dla mnie. Tym bardziej, że doceniam twórczość mało znanych, wręcz niepozornych autorów. Czy w tym przypadku „miałam nosa” i udało mi się „wywęszyć” literacką perełkę?
Mający problem z alkoholem Fryderyk wiedzie monotonne życie, mieszkając u matki. Pewnego dnia znajduje w jej rzeczach szkatułkę z tajemniczym zdjęciem, po czym zaczynają go dręczyć koszmary. Występują w nich ludzie ze zdjęcia jako niebieskie wrony. Wszystko wydaje mu się coraz bardziej skomplikowane, kiedy dostrzega powiązania postaci ze snów z rzeczywistością.
Nieraz trafiłam na pewien schemat związany z uzależnieniem głównego bohatera w kryminałach lub thrillerach: powoli go poznajemy, odkrywając jego wady; początkowo uzależnienie nie jest problemem, a staje się nim z czasem. W tej książce jest zupełnie inaczej: o alkoholizmie wiadomo już od pierwszej strony. Mało tego, język jest tak stylizowany, że psychiczne cechy głównej postaci, Fryderyka, są właściwie podane na tacy. Najpierw wydało mi się to trochę prostackie, lecz przeplecione humorem i łatwe do czytania.
Ironiczne, na granicy wulgarności, humorystyczne postrzeganie świata przez głównego bohatera, z którego perspektywy prowadzona jest narracja, przełożyło się na łatwy, przyjemny odbiór. „Złodzieja snów” czyta się bardzo szybko. Niestety dość prędko pojawia się też wrażenie, że autor wszystko obraca w żart. Przekłada się to na rozładowanie napięcia, które jest niezbędnym elementem dobrych thrillerów. Mówi się jednak, że najlepszym sposobem zwalczania problemów czy lęków jest „branie ich na śmiech”. Ogół powieści wyszedł tak, że jestem w stanie przyjąć, iż takie było zamierzenie Syski-Szafrańskiego.
Początkowo rozwój fabuły i kwestie mające siać niepewność lub coś sugerować wydawały mi się nieco naiwne, acz spójne i logiczne. Chwilami miałam wrażenie, że czytam „powieść grozy dla dzieci i młodzieży”, mającą im dostarczyć trochę emocji. Pola do głębszych rozmyślań brak, ale przyznaję, że nie mogłam odgadnąć, jak rozwinie się kwestia snów głównego bohatera. Z każdą stroną coraz bardziej się wciągałam, coraz bardziej chciałam się dowiedzieć, o czym właściwie jest ta książka. Zaczęła robić się coraz mroczniejsza, a ja z chęcią dawałam się temu pochłonąć. Bez lęku, bez większego dreszczyku, ale z zaintrygowaniem.
Akcja zaczęła przyspieszać i skręcać w różne strony, by zaraz potem wrócić na pewien tor. Przez narrację utrzymaną cały czas w tym samym tonie łatwo jest nie zauważyć chaosu. Ten wkradł się nagle, wszystko się skomplikowało i pogmatwało do tego stopnia, że w pewnym momencie już naprawdę nie wiadomo, o co chodzi. Po prostu nie da się przewidzieć, co się zaraz wydarzy, a już na pewno jak się to skończy. Poniekąd taki zamęt wyszedł pozytywnie, bo widać, że właśnie o zasianie w czytelniku niepewności chodziło. Z drugiej jednak strony, im bliżej końca byłam, tym coraz silniejsze było przekonanie o naiwności fabuły. Bohaterowie zachowywali się w zbyt odrealniony sposób, a niektóre rozwiązania wydały mi się dziecinne. W końcu tor, jaki obrała historia, zrobił się mało sensowny. Zakończenie zaskoczyło mnie, nie powiem, ale po prostu było na tyle absurdalne, że to nie powinno dziwić. Rozwiązanie rodem z lekkich książek „z dreszczykiem” dla młodzieży niezbyt do mnie przemówiło, choć tragedii nie było.
Nie udało mi się stwierdzić, czy autorowi wydawało się, że napisał coś ambitnego, czy też po prostu plan był taki, że książka ma udawać niosącą coś głębszego. Osobiście czułam, że po prostu gdzieś zgubił się jakikolwiek sens. To jednak nie zmienia faktu, że czytało się szybko i w sumie przyjemnie, z uśmiechem i ciekawością „co też tu jeszcze może się wydarzyć?”. Ostatnie zdanie jednak sprawiło, że aż zmarszczyłam czoło i na moment z taką miną pozostałam.
„Złodziej snów” to lektura niezbyt wymagająca, ale dziwnie wciągająca. Ciekawy pomysł, styl pisania autora chwytliwy, mimo że nie jakoś specjalnie charakterystyczny. Jest to jedna z tych książek, za którymi warto rozejrzeć się w bibliotekach, jeśli lubi się literackie ciekawostki. Miło się czyta, ale wraz z zamknięciem książki, kończy się spotkanie z nią. Lubię wracać myślami do tego, co przeczytałam. W tym przypadku nie odczuwam takiej potrzeby. Kupić bym jej nie kupiła, bo i nie ma do czego wracać, ale poświęcić jej chwilę jak najbardziej można, pod warunkiem, że nie jest się zbyt wrażliwym na pijackie przekleństwa.
Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)
Andrzej Syska-Szafrański, „Złodziej snów”, Novae Res, Gdynia, 2019 r.
Komentarze