Złodzieje, elfy i magia

Recenzja książki „Królewska krew. Wieża elfów”.
Przystojni mężczyźni z przeszłością. Zdobędą każdy zamek i wieżę, nawet jeśli jest ona chroniona elfimi zaklęciami. Jeśli szukasz przygód w świecie fantasy, oto znakomity początek cyklu Rirya.

Michael J. Sullivan to znany amerykański pisarz fantasy. Choć zadebiutował ledwie kilka lat temu, dziś jego nazwisko jest znane wielu czytelnikom. Na polskim rynku ukazała się właśnie jedna z jego książek. Zawiera dwie części (i ma taki sam tytuł):  „Królewska krew. Wieża elfów”. Oba rozdziały są początkiem cyklu przygód dwóch złodziejów Hadriana i Royca.

W wyniku misternej intrygi lub właściwie jednego ze zleceń konkurencji, zostają oni wplątani w morderstwo króla. Cudem uratowani od śmierci dostają w zamian do wykonania teoretycznie proste zadanie. Mają dostarczyć królewskiego dziedzica do jednego z opactw w kraju. Jednak z każdym kolejnym krokiem oraz zakolem rzeki, którą uciekają, okazuje się, że nic nie jest takie, jak wydawało się być na początku. Powieść płynie równie wartko, rozwijając kolejne wątki. Poznajemy m.in. jednego z najpotężniejszych od kilkuset lat magów oraz  królewską córkę, która u niego pobierała nauki, a jest zbyt krnąbrna na bycie ładną i pustą księżną. I chociaż władzę w królestwie ostatecznie przejmuje jej brat Alric, nie oznacza to końca historii. Po koronacji nowego króla Arista wyjeżdża jako ambasador do innego kraju. Wtedy też poznajemy dogłębnie plan, jaki ma Kościół wobec swoich współwyznawców oraz całego dworu.

Rola duetu Rirya, jak nazywają sami siebie nasi bohaterowie, odgrywa we wszystkich zdarzeniach ogromną rolę. Nie tylko ze względu na złodziejskie umiejętności. Czy to kradnąc, czy pomagając, zawsze starają się całkowicie angażować w to, czym aktualnie się zajmują. Łasi na pieniądze, miewają jednak niezrozumiałe dla nich samych odruchy serca. Stąd pomoc biednym i honorowe spłacanie długów, nawet jeśli chcą być kwita z samym królem.

Książka Sullivana może nieco stresować swoim widokiem. W polskim wydaniu ma ponad 700 stron. Dzięki dobremu warsztatowi autora czyta się ją jednak gładko. Barwne postacie, połączenie powieści łotrzykowskiej z fantasy i szczegółowo opracowane wątki poszczególnych elementów historii to stanowcze zalety. Hadrian i Royce są niczym James Bond w podwójnym wydaniu, walcząc gdzieś na pograniczu świata ludzi i elfów. Nużące mogą być jedynie nieraz przydługie opisy lub dialogi, które mają służyć wprowadzeniu nas w kolejne części układanki. Czasem, gdzieś w tle wszystkich wydarzeń, brakuje także odrobiny więcej  charyzmy w całej narracji. Dlatego też może warto, dla lepszego efektu, zrobić sobie chociaż małą przerwę między lekturą jednej i drugiej części. Wtedy zamiast myśleć od czasu do czasu o zimowej mgle za oknem, z łatwością będziemy się skradać w towarzystwie Riryi w najbardziej zapomnianych zakątkach Melengaru.

Agnieszka Pater
(agnieszka.pater@dlalejdis.pl)

Michael J. Sullivan, „Królewska krew. Wieża elfów”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat