Zmierzch epoki wielkiej fantasy?

Recenzja książki „Łowca złodziei”.
Być może „Łowca złodziei” to tylko nędzny prolog do wciągającej dalszej części, która tak zachwyciła szacowne jury.

Berren to drobny złodziejaszek, którego specjalnością jest odcinanie sakiewek od pasków zbyt ciasno opinających wielkie brzuszyska bogaczy. Gdy jednak łupem chłopaka pada woreczek należący do chuderlawego, lecz walecznego jegomościa, życie ubrudzonego i poniewieranego chłopaczka zmienia się na zawsze. W końcu nikt nie okrada łowcy złodziei.

Stephen Deas to podobno jeden z najbardziej obiecujących twórców gatunku fantasy. Druga część trylogii, której początek stanowi „Łowca złodziei”, znalazła się w gronie tytułów nominowanych do prestiżowej David Gemmell Legend Award, przyznawanej najlepszym powieściom fantasy. Jednak czytając opowieść o mrocznym Deephaven, którego śmierdzące ulice przemierza mistrz Syannis wraz ze swoim nowym uczniem, czytelnik się zastanawia, jak zła musi być kondycja współczesnej powieści fantasy, skoro o laury ubiegają się marne książki. Być może „Łowca złodziei” to tylko nędzny prolog do wciągającej dalszej części, która tak zachwyciła szacowne jury. Jednak dopóki na polskim rynku nie pojawi się druga część trylogii, nie należy spisywać Deasa na literacki niebyt. Choć pierwsze wrażenie, jakie robi „Łowca...”, jest, niestety, bardzo złe.

Od powieści przygodowo-fantastycznej oczekiwałoby się wartkiej akcji, pojedynków, dziwnych stworzeń, pięknych dam i wielkiego zwycięstwa dobra nad złem. Tym razem oczekiwania rozmijają się z rzeczywistością. Na początku zamiast hitchcockowskiego wybuchu mamy opisy w stylu nadniemneńskim. Ale na szczęście potem coś zaczyna się dziać. I kończy się równie szybko, jak się zaczyna. Konstrukcja fabularna nie idzie w żadnym konkretnym kierunku. Niby pojawiają się przeszkody, niby proces kształcenia Barrena pod okiem mistrza Sy w jakiś tam sposób przebiega, niby pojawia się wątek romantyczny – ale to wszystko jest właśnie takie „niby”. Stąd wynika dysonans między miastem, wyraźnie zarysowanym w swojej brutalności, brudzie i smrodzie, a miałkimi bohaterami, których całe życie i wszystkie przygody rozgrywają się „na niby”. Gdy pojawiają się niebezpieczeństwa, przeszkody, konieczność walki – trwają tylko chwilę, by mistrz i uczeń mogli spokojnie wrócić do domu. I tak zawsze wszystko dobrze się kończy.

Niestety, oczywistej, dojmującej i smutnej nudy „akcji”, nie równoważą ciekawe postaci. Berren, Siekiera, mistrz Sy, Lilissa – każdy z bohaterów utkany jest ze sztampowych cech, którymi powinni odznaczać się poszczególni przedstawiciele świata nawróconych złoczyńców, bezwzględnych tyranów, upadłych książąt i słodkich pomocnic. Relacje między nimi też powtarzają schematy – biedny, krzywdzony chłopiec trafia do szlachetnego mistrza, który przekazuje mu tajną wiedzę. No i młody adept sztuki tajemnej zakochuje się w podopiecznej mistrza, co niewątpliwie oznacza kłopoty. Nuda!!!

Jeśli miałabym opowiedzieć fabułę „Łowcy złodziei”, to zawarłabym ją w kilku powyższych zdaniach. A tymczasem powieść Deasa ma ponad 300 stron. Co się na nich dzieje? Tu jakaś karczma, tu port, tu tajemnicza wieża – elementy świata przedstawionego pojawiają się i znikają, wydarzenia po prostu „się zdarzają”, bez zachowania logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego, tajemnice albo są wyjaśniane, albo nie. Chaos, nuda i powtarzalność schematów – jeśli jury David Gemmell Legend Award docenia takie cechy powieści, to chyba czas ogłosić kryzys fantasy. Albo poczekać na drugą – nominowaną – część. Może „Łowca złodziei” to tylko marna wprawka przez powalającym dziełem. Ale to tylko może...

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

Stephen Deas, „Łowca złodziei”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat