Kamczatka jest terenem specyficznym nie tylko pod względem sprzyjającego izolacji położenia geograficznego, ale również zróżnicowania etnicznego. Oprócz Rosjan mieszkają tam posługujące się własnymi językami ludy Koriaków, Czukczy i Ikelmenów. Na półwyspie jest około trzydzieści aktywnych wulkanów, liczne gejzery i gorące źródła, a infrastruktura transportowa jest bardzo słabo rozwinięta (brak kolei i zaledwie 300 km dróg twardych na ponad 300 tys. km2). Wszystko to może wywołać w nas wizję ludzi niechętnych wobec świata zewnętrznego, rodzących się i umierających w tym samym mieście czy wsi oraz niebezpiecznego otoczenia, w którym bardzo łatwo można rozpłynąć się w powietrzu.
Pewnego sierpniowego dnia dwie znudzone siostry - ośmioletnia Sofia i jedenastoletnia Alona - snują się po Pietropawłowsku Kamczackim, gdy nagle zaczepia je mężczyzna uskarżający się na ból nogi. Dziewczynki odprowadzają go do samochodu, a następnie zgadzają się, aby podwiózł je do domu. Nigdy tam nie docierają. Śledztwo nie przynosi rezultatów, czas nieubłaganie mija, z nielicznymi wyjątkami w postaci plotek i domysłów zacierając sprawę w świadomości mieszkańców miasta.
Julia Phillips sięgnęła po pomysł przywołujący na myśl ten, jaki miałam wątpliwą przyjemność poznać w zeszłym roku w „Zbiorniku 13” Jona McGregora. Tutaj również element sensacyjny szybko schodzi na dalszy plan i nie oglądamy rozwoju sytuacji oczyma policjantów zaangażowanych w odnalezienie dzieci. Zamiast tego każdy rozdział przenosi nas w czasie o miesiąc, przybliżając nam losy osób w różny, czasem dość nikły sposób powiązanych ze sprawą zaginięcia. O ile idea jest podobna, o tyle sposób przelania jej na papier różni się diametralnie na korzyść debiutantki.
Mimo dużej liczby bohaterów autorka dobrze radzi sobie z zaangażowaniem nas w kolejne subtelnie przenikające się wątki, choć zdarzają się fragmenty, które spokojnie można by okroić objętościowo, jak chociażby wynurzenia napalonej żony policjanta. Jeśli jednak zaakceptujemy przyjętą konwencję i pozwolimy się ponieść opowiadanym historiom, powieść stanie się dla nas intrygującą lekturą, nawet jeśli początkowo gubimy się w tym, kto jest kim i/lub byliśmy nastawieni na mrożący krew w żyłach kryminał. W zamian otrzymujemy opowieść o przeraźliwie łaknących bliskości ludziach niepotrafiących odnaleźć swego miejsca na ziemi, zbyt oderwanych od rodzinnych korzeni lub samolubnie zapatrzonych w rzeczy, które nigdy nie dadzą im szczęścia. Są niczym emocjonalne półwyspy resztką sił trzymające się swego pustego życia i niewiele brakuje, aby tytułowa znikająca ziemia uczyniła z nich dryfujące bez celu samotne wyspy.
Książkę Julii Phillips szybko się czyta i jest ona pozycją ciekawą pod względem obyczajowym i kulturowym - końcowe rozdziały przybliżają świętowanie Nurgenka, czyli Nowego Roku w dniu przesilenia letniego. Sama kwestia odkrycia sprawcy jest banalnie łatwa dla każdego, kto ma minimalne pojęcie o młodocianych zachowaniach sugerujących skłonności psychopatyczne.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Julia Phillips, „Znikająca ziemia”, Kraków, Wydawnictwo Literackie, 2019 r.
Komentarze