„Żona na pełen etat” - recenzja

Recenzja książki „Żona na pełen etat”.
Uwielbiacie Bridget Jones? Jeśli tak, to koniecznie sięgnijcie po najnowszą powieść Agaty Przybyłek, pt. „Żona na pełen etat”.

To czwarty już tom opisujący perypetie Zuzanny, jej rodziny i życie mieszkańców małego miasteczka- Jaszczurek. Ubaw do łez. Serio.

Po powieść pt. „Żona na pełen etat” sięgnęłam nie będąc świadoma, że istnieją trzy poprzednie części perypetii bohaterki Zuzanny. Od razu przyznaję, że na pewno do nich wrócę! Dlaczego? Autorka - Agata Przybyłek-  znów stworzyła postacie, które obdarzyłam sympatią od pierwszych stron.

Tym, którzy czytali poprzednie części (zazdroszczę ogromnie) nie muszę przedstawiać Zuzy, męża Ludwika i jej najbliższych. Co prawda nie znam poprzednich części szalonych perypetii naszej głównej bohaterki, jednak autorka w nienachalny sposób nakreśliła mi poprzednie tomy. Dzięki temu nie miałam poczucie, że zostałam wciągnięta w wydarzenia bohaterów nie mogąc się w nich odnaleźć.

Co tym razem szalonego dzieje się u Zuzy? Już po paru stronach przekonuje się, że bo “ogromnej burzy” w końcu w jej małżeństwie panuje spokój. Nawet więcej! Wraz z Ludwikiem postanawiają postarać się o powiększenie rodziny. I tu zaczynają się schody, a dla czytelnika ogromna dawka śmiechu.

“Żonę na pełen etat” polecam każdemu, kto szuka lekkiej, przyjemnej lektury na wiosenne wieczory dla odprężenia i takiej, która wzbudza szczery uśmiech. Jestem pewna, że szybko rozgośćcie się w miasteczku Jaszczurki i serdecznie polubicie Zuzę i innych bohaterów.

Aleksandra Łozicka
(aleksandra.lozicka@dlalejdis.pl)

Agata Przybyłek, Żona na pełen etat, wydawnictwo Czwarta Strona 2018



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat