Historia naszego kraju zawsze była historią mężczyzn – królów, książąt, hetmanów, palatynów, biskupów i innych dostojników. Kobiety były znane jedynie z imienia – choć i to nie zawsze – jako ich matki, ewentualnie córki czy żony. Na kartach historii, a także szkolnych podręczników, nie zapisywano ich nazwisk w innym kontekście. To sprawia, że w umyśle potomnych nasze prababki jawiły się jedynie jako „dodatek” do historii i to o niezbyt dużej wartości społecznej.
Książka Andrzeja Zielińskiego wychodzi poza te ramy i przedstawia losy kobiet, których wartości społecznej często nie doceniano lub też celowo hamowano. Opowieść zaczyna się od czeskiej księżniczki Dobrawy – żony Mieszka I, natomiast kończy na Marii Walewskiej – słynnej polskiej kochance cesarza Napoleona.
Oprócz ciekawego ujęcia omawianych postaci, ukazania ich roli w kształtowaniu się polskiej państwowości, książka ma jeszcze jedną, wielką zaletę. Mianowicie, uświadamia nam powolne „zmiany” w polskiej obyczajowości, jeśli chodzi o podejście do kobiet i roli w społeczeństwie. Gdyby każda z bohaterek Andrzeja Zielińskiego była mężczyzną, na pewno osiągnęłaby nieporównywalnie więcej niż niejeden mężczyzna. Największą przeszkodą do pokonania u przedstawionych kobiet była właśnie ich nieodwracalna cecha, czyli płeć. Na tamte czasy omawiane bohaterki przewyższały mężczyzn pod względem sprytu, dalekowzroczności, wykształcenia i obycia. Może gdyby urodziły się kilka stuleci później lub w innym państwie, osiągnęłyby o wiele więcej. Bez wątpienia w tamtych okolicznościach trudno było być w Polsce kobietą i do tego wykształconą.
Nie od dziś mówi się, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją. Portrety znanych kobiet przedstawionych w perspektywie Andrzeja Zielińskiego całkowicie potwierdzają tą tezę. Zaprzeczają z kolei innemu utartemu stwierdzeniu, że dawne kobiety nie znały się na niczym innym niż prowadzenie domu. Niejednokrotnie niewiasty na królewskich dworach były bardziej wykształcone w sprawach polityki i strategii niż ich mężowie czy też najjaśniejsi królewscy doradcy. Co prawda większość z nich pochodziła z państw, gdzie dużą wagę przykładano do wyksztalcenia kobiet z poważanych rodów. Umiejętności te niejednokrotnie stanowiły ich wady czy też były powodem dużej niechęci polskich dworów, w których panowało przekonanie, że niektóre sprawy są zbyt skomplikowane na niewieście główki. Czy takie przekonanie męskiego świata dotyczyło tylko czasów Rzeczypospolitej szlacheckiej? No cóż, czasami można mieć wątpliwości. Przypatrując się współcześnie niektórym mężczyznom, trudno oprzeć się stwierdzeniu, że zmiany społeczne nie zdołały ich oddalić od prapradziadków.
Barbara Drapikowska
(barbara.drapikowska@dlalejdis.pl)
Andrzej Zieliński, „Żony, kochanki, damy, intrygantki. Niezwykłe kobiety u boku naszych władców”, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2017.
Komentarze