Wyobraź sobie mały, osiedlowy sklepik, w którym spotykają się sąsiadki, by omówić szczegóły życia całej blokowej społeczności. Czyj ojciec nie żyje, co to za nowy facet, który spał u „tej spod piątki”, dlaczego dzieciaki „tych z drugiego” są takie niegrzeczne – to dylematy roztrząsane przez nadgorliwe sąsiadki nad skrzynką z marchewką w przerwach przekazywanie sobie najlepszych sposobów na ukiszenie ogórków. Jednocześnie jednak kwestie głośnego zachowania „tych młodych, co to wie pani” i problemów małżeńskich „bidulki z naprzeciwka” urastają do rangi katastrof, w przezwyciężenie których musi się zaangażować cała społeczność. Tylko czy naprawdę jest to konieczne?
Jeśli lubicie takie pogaduszki i akurat ulubiona sąsiadka albo bliska przyjaciółka wyjechała, to sięgnijcie po „Kobiety z sąsiedztwa” - skutecznie zapełnią wam tę chwilową lukę. Iwona Żytkowiak napisała książkę z jednej strony pasjonującą (w końcu któż nie lubi plotkować!), a z drugiej strony... nudną. Niestety, negatywną cechą wielu kobiet jest nieustanna potrzeba opowiadania o innych, zwana potocznie plotkowaniem. I nie chodzi tylko o to, by mówiąc, oceniać. Poprzez taki szczątkowy dostęp do życia innej osoby zyskuje się złudne poczucie kreowania własnego życia, skoro o mnie „ludzie nie gadają”. Kwestią otwartą pozostaje pytanie, czy faktycznie życie innych musi być o wiele ciekawsze od naszego?
Mirka, Adela, Sabina, Teresa, Baśka vel Cela, Justyna, Wiera – siedem kobiet połączonych przez los jednym adresem. Barlinecka kamienica, w której od niemal pół wieku niektóre z nich dorastały, odkrywały swoją kobiecość, uczyły się życia, stanowi oś łączącą zwyczajne historie zwyczajnych kobiet. „Kobiety z sąsiedztwa” to siedem różnych opowieści o tym, co może spotkać każdą kobietę. Desperackie próby poszukiwania pracy, problemy z zajściem w ciążę, rozpacz po stracie ukochanej osoby, obłąkańcze próby znalezienia miłości życia, rodzinna tajemnica – aż chciałoby się napisać „samo życie”. I taka właśnie jest książka Żytkowiak – ani specjalnie odkrywcza, ani wyjątkowo zaskakująca, taka... zwyczajna.
W dobie pogoni za sensacją i w świecie, w którym sprzedaje się „3 S”, czyli skandal, seks i śmierć, zwyczajność zaczyna być towarem deficytowym. „Kobiety z sąsiedztwa” to wyraz tęsknoty za czasami, gdy relacje międzyludzkie były prostsze, a jednocześnie głębsze, gdy sąsiad zagadał do sąsiada, jadąc z nim windą, gdy kobiety mieszkające obok siebie gotowały obiad dla rodziny swojej i tych szkrabów „z bloku obok”, które wpadały odrabiać lekcje. W zatomizowanym społeczeństwie, w którym o śmierci sąsiada dowiadujemy się z nekrologu na drzwiach wejściowych, ale nie potrafimy skojarzyć, kto to, książka Żytkowiak jest sentymentalnym wołaniem, byśmy wrócili do tego, co kiedyś uznawano za naturalne: potrzeba kontaktu z ludźmi wokół nas, życzliwość nawet dla osób z pozoru niezasługujących na to, pomoc tym, którzy być może sami nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że jej potrzebują.
Krótkie historie poszczególnych kobiet ukazują je przez pryzmat konkretnego doświadczenia, które zaważyło na tym, kto kim się stał. Jednak nie jest to szczególnie głęboka analiza sytuacji granicznych, które definiują człowieka na nowo. „Kobiety z sąsiedztwa” to taka zupełnie zwyczajna książka, o której można pod blokiem lub na klatce poplotkować z sąsiadką spod dziesiątki.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Iwona Żytkowiak, „Kobiety z sąsiedztwa”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013
Komentarze