Dla niewtajemniczonych przypomnę jednak, z czym to się je. „Włoska trylogia” to historia Penelope Green, australijskiej dziennikarki, która ze względu na kryzys życiowy, zwątpienie we wszystko i wszystkich, zmęczenie pracą, postanawia zmienić swoje życie i wyjeżdża do Włoch. Dużo, oj dużo, ostatnio tego typu książek, ale te są zdecydowanie inne. Po pierwsze, Green nie od razu się udaje; po drugie – w jej książkach nie wszystko jest proste, a odnalezienie swojego miejsca na ziemi nie należy do najłatwiejszych. Penny nie szczędzi ostrych i złośliwych komentarzy pod adresem Włochów, wyszydza ich ignorancję, ale potrafi też docenić ich przywiązanie do rodziny i dobrej kuchni. W to wszystko wplata dodatkowo często słodko-gorzkie rozważania na temat próby odnalezienia samej siebie.
Ale wróćmy do meritum. Bohaterka, wraz z ukochanym Alfonso, trafia na mała wysepkę – Procidę. Tutaj stara się wsiąknąć w miejscową społeczność, poznać lokalne przysmaki i dalej zgłębiać włoską kulturę. Nie jest łatwo, bowiem mieszkańcy Procidy większość przyjezdnych odrzucają. Penelope musi więc wkupić się w ich łaski – rozmawia zatem, dopytuje, czyta książki i gotuje.
„Na północ od Capri” to powieść utrzymana w formie pamiętnika podzielonego na miesiące (akcja trwa rok), co sprawia, że czytelnik mocno solidaryzuje się z bohaterką. Jednak życie poznajemy nie tylko z perspektywy Penny - autorka bowiem często przytacza historie swoich przyjaciół, śmieszne, straszne, ale przede wszystkim prawdziwe i ciekawe.
Sporo w książce ciepła i humoru, ale i realistycznych rozmyślań nad Włochami. Sporo opowiastek o życiu na wysepce, odkryć i międzykulturowych komentarzy. Sporo w końcu kuchni – delikatnie łechcących nasze podniebienia przepisów, opowieści o gotowaniu, dodatkach, przyprawach i smakach. Ba! Każdy rozdział kończy się wyśmienitym przepisem, który, choć często skomplikowany, tak się podoba, że mamy ochotę od razu pójść do kuchni i pichcić. Tak… nie powinno się zasiadać do tej książki głodnym…
Nie mogę jednak powiedzieć, że „Na północ od Capri” to książka bez wad. Akcja jest wolna i monotonna, miałam wręcz czasem wrażenie, że za mało się tu dzieje, a wszystko stoi w miejscu. Może to symbol uporządkowanego życia bohaterki, a może po prostu Green się kończy? Może więc dobrze, że to ostatni tom?
Na szczęście, autorka darowała sobie tak wielu w ostatnim czasie toskanizmów (ochów i achów na temat Włoch, Toskanii, zmiany swojego życia). Przez to jej książka jest po prostu lepsza. Prawdziwsza. U niej także potwierdza się teza, że dobra okładka to połowa sukcesu.
Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)
Penelope Green, „Na Północ od Capri”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze