Życie klona w zakazanym w raju

Recenzja książki „Beta”.
Czerpiąca z science-fiction i paranormalnego romansu „Beta” bardzo dobrze wpisuje się w konwencję literatury popularnej i jest niezłym czytadłem.

Dominium to wyspa, która choć została stworzona przez człowieka jest prawdziwym rajem na ziemi. Otacza ją spokojne fioletowawe morze, unosi się nad nią wyjątkowo czyste powietrze, a prawa do jej zamieszkiwania mają tylko najzamożniejsi mieszkańcy świata. Ale i ten raj ma swoją cenę, którą płaci specjalna kasta jej mieszkańców - nie mogąca korzystać z ani jednej z jej atrakcji, traktowana jak rzeczy i całkowicie zależna od woli swoich właścicieli. Takie właśnie los spotyka tytułową betę w powieści Rachel Cohn.

Elizja, bo tak ma na imię, nie jest człowiekiem, a klonem, wersją beta, ponieważ jest produktem eksperymentalnym – nastolatką. Wszystko, co powinna wiedzieć, ma zapisane w specjalnym czipie, wszystko co powinna robić, to zadowalać swoich właścicieli. Teoretycznie nie powinna mieć żadnych uczuć, pragnień, ani aspiracji, a tym bardzie wspomnień – takie są właśnie założenia hodowli klonów, bo zwyczajni ludzie zbyt łatwo poddawali się urokowi wyspy i nie sposób było ich nakłonić do jakiegokolwiek wysiłku.

Po wykluciu się i odpowiednim szkoleniu Elizja trafia do jednego z butików jako towar i żywy manekin w jednym. Ma jednak szczęście, ponieważ za sprawą jej wyjątkowej urody kupuje ją żona gubernatora wyspy i to nie w charakterze służby – do czego wykorzystuje się większość klonów, a towarzyszki swoich dzieci. Beta szybko wpasowuje się w rodzinę Brattonów i zaprzyjaźnia z ich dziećmi 10-letnię Liesel i 18-letnim Ivanem.

Elizja trafia w grono rówieśników Ivana, którzy rozpieszczeni życiem bez trosk na rajskiej wyspie przypominają nieco bohaterów  „Beverly Hills 90210”. Jest taki moment w „Becie”, kiedy można odnieść jednoznaczne wrażenie, że cała fabuła zmierza w kierunku paranormalnego romansu, tyle że tu zamiast wampirów i wilkołaków będziemy mieli do czynienia z mezaliansem pomiędzy ludźmi, a klonami. I właśnie wtedy, kiedy już mamy niemal pewność jak cała ta historia się skończy, Rachel Cohn serwuje czytelnikowi jeden zwrot akcji za drugim.

Elizja odkrywa bowiem, że nie jest wcale tak bezuczuciowym i bezwolnym produktem jak powinna, a z tego mogą dla niej wyniknąć tylko kłopoty. Bo nikt nie chciałby przecież żywej lalki ze zdolnością do wyrażania własnych opinii i buntu, ale jeszcze bardziej nikt nie chciałaby by być taką lalką…

Czerpiąca z science-fiction i paranormalnego romansu „Beta” bardzo dobrze wpisuje się w konwencję literatury popularnej i jest niezłym czytadłem. W mojej opinii powieść Rachel Cohn ma tylko dwa minusy, pierwszym są pewne niekonsekwencje w kwestiach „science” tego nastoletniego science-fiction, natomiast drugim przebijający się przez karty powieści głos krytyki społecznej i etycznych problemów związanych z klonowaniem, które w tej nico sklonowanej książce brzmią tu po prostu naiwnie. Jednak jeśli nie szukamy literatury na miarę twórczości klasyków gatunku, można spokojnie przymknąć oko na te mankamenty, bo „Beta” kończy się tak, jak lubię najbardziej, czyli zwrotem akcji, który sprawia, że z przyjemnością przeczytam jej kontynuację.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Rachel Cohn, „Beta”, Czarna Owca 2013



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat