Sięgnięcie po „Żyjącą górę” to moje pierwsze tegoroczne wyjście z czytelniczej strefy komfortu, którą stanowią głównie powieści z dreszczykiem i literatura faktu. Droga książki od idei do trafienia w moje ręce w polskim przekładzie była stosunkowo długa. Szkocka autorka Anna „Nan” Shepherd żyła w latach 1893 - 1981. Pierwszy szkic „The Living Mountain” powstał mniej więcej w połowie jej życia - pod koniec II wojny światowej. Mimo zachęty przyjaciela, z braku perspektywy na publikację, tekst trafił do szuflady i został wydany dopiero w roku 1977. Kolejne trzydzieści cztery lata upłynęły, zanim pozycja została uzupełniona o wstęp Roberta Macfarlane’a. Jedenaście lat później, czyli w ubiegłym miesiącu doczekaliśmy się rodzimego przekładu w wykonaniu Jarosława Skowrońskiego.
Właśnie od owego feralnego wstępu muszę zacząć moją recenzję. Być może będę w tym poglądzie odosobniona, ale w ogóle nie uważam, że jest on potrzebny. Zamiast zajmującego ¼(!) objętości wprowadzenia, które męczy coraz bardziej przesadnymi sformułowaniami, wystarczyłaby krótka notka biograficzna, czy nawet sama okładkowa polecajka. Robert Macfarlane jest tak zachwycony twórczością Shepherd, a może nawet bardziej własną pasją do rozkładania jej na czynniki pierwsze, że jego rozwlekłe peany przynoszą odwrotny od zamierzonego skutek. Z każdą kolejną stroną nabierałam przekonania, że za tym odwlekaniem przejścia do właściwej treści nie może stać nic dobrego.
Kiedy wreszcie dotarłam do „Żyjącej góry”, czując się jak ledwo żywa czytelniczka, zostałam jednak całkiem przyjemnie zaskoczona. Odwołując się do wspomnianego przez Shepherd zwyczaju wpadania w gościnę na herbatę, czułam się, jakbym znalazła ciepłe schronienie, uciekając przed deszczem zacinającym prosto w twarz. Wszystko za sprawą spokojnej narracji pełnej opisów tętniącej kolorami przyrody gór Cairngorms (pasma w Grampianach Wschodnich w Szkocji). Jest to niemałe osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że w przypadku prozy deskrypcje częściej niż rzadziej uznaję za zbędny zapychacz mający wypełnić maszynopis.
Nie licząc końcowych rozdziałów, pisarka raczej unika górnolotnego języka (przewijające się nazwy własne mogą chwilami przytłaczać) i zbędnego filozofowania, i tylko, a może aż, przedstawia nam obraz, jaki wykreowały w jej umyśle setki górskich wędrówek. Jak sama pisze, chciała „dojść do żywych stworzeń poprzez siły, które je stwarzają, gdyż góry te - czy raczej Góra - są jedną niepodzieloną całością, a skały, gleba, woda i powietrze są ich składnikami integralnymi nie bardziej niż to, co wyrasta z tej gleby i oddycha tym powietrzem. Wszystko to aspekty jednej istności – Żyjącej Góry.”
Podsumowując, „Żyjąca góra” to pięknie wydana lektura nie tylko dla tych, którzy nałogowo zdzierają podeszwy butów trekkingowych, ale również fanów literatury pięknej i telewizyjnych produkcji z kojącym głosem Krystyny Czubówny.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Nan Shepherd, „Żyjąca góra”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2022r.
Komentarze