Kiedy kilka lat temu przeczytałam informację o tym, że Sofie Gråbøl, jedna z moich ulubionych duńskich aktorek, otrzymała główną rolę w thrillerze o familii żyjącej w odosobnieniu, nie mogłam się doczekać jego obejrzenia. Czas jednak mijał, alert Google milczał jak zaklęty, produkcja nie doczekała się premiery, czy chociażby emisji w Polsce. Czytając zarys świeżo wydanej „Żywicy”, czułam, że wydawał mi się znajomy, chociaż koncentrował się głównie na podejrzanym zniknięciu dziecka. Moje deja vu nie było przypadkiem, ta historia po prostu ciągnęła mnie ku sobie w każdy możliwy sposób.
Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie pięknie wydana (rzadko się zdarza, aby wydawca tak idealnie dopasował warstwę wizualną do treści) powieść trafiła w moje ręce, wchłonęłam ją na raz, chociaż bez wątpienia jest to jedna z najtrudniejszych do ocenienia książek, jakie kiedykolwiek czytałam.
Głównymi bohaterami jest, mieszkająca na wyspie połączonej ze światem zewnętrznym cienkim przesmykiem, rodzina Haarderów: Jens, Maria i dziewięcioletnia Liv. Od zawsze stronili od obcych, żyjąc niejako na uboczu społeczeństwa. Ich izolacja jest tak wielka, że trudno wtłoczyć przedstawione wydarzenia w ramy czasowe – wyjątkiem jest wspomnienie mody na dzwony, wskazujące na przełom lat 60. i 70. Sąsiedzi nie wtrącają się w ich życie, ceniąc prywatność, która przecież sama w sobie nie jest czymś złym i każdy człowiek na nią zasługuje, bez względu na to, jak dziwaczny może się wydawać. Kiedy więc zrozpaczony Jens przychodzi na posterunek policji zgłosić zaginięcie, czy raczej śmierć Liv, miejscowi postanawiają uszanować jego żałobę. Nikt nie podejrzewa, że mężczyzna chce w ten sposób oszukać system szkolnictwa, a w starym domu pośrodku lasu od lat mieszka wszechogarniający mrok, z którym każdy z jego mieszkańców radzi sobie na swój patologiczny i destrukcyjny sposób.
Ane Riel poraża czytelnika już pierwszym zdaniem, a potem nie oszczędza mu ani jednego koszmarnego szczegółu. Nawet, kiedy wydaje się, że akcja zwalnia tempo, a postaci otrzymują chwilę oddechu od przerażającej rzeczywistości, atmosfera napięcia cały czas jest podkręcona do maksimum i można ją praktycznie kroić nożem. Ostatni akapit dosłownie zwala człowieka z nóg. „Żywica” nie jest jednak thrillerem, a dramatem psychologicznym, którego największym katalizatorem jest fakt, iż patrzymy na to wszystko oczami kilkuletniego dziecka. Dziecka uznającego kolejne oznaki szaleństwa ojca i upadku matki za normalność. Dziecka niezdającego sobie sprawy, że to, na co patrzy z ciekawością i zrozumieniem, nas doprowadza do zniesmaczenia, złości, smutku, współczucia i przerażenia jednocześnie.
Wiele można by napisać o „Żywicy”, jedno jest pewne – nikogo nie pozostawi obojętnym. Wrażliwsze osoby z pewnością będą mieć ciężką przeprawę z turpistycznym stylem, nawet ci przyzwyczajeni do makabry mogą czuć się przytłoczeni. Zdecydowanie jest to jedna z książek, która wstrząsa i stawia niewygodne pytania. Jej lektury nie żałujemy, ale jeśli mielibyśmy zrobić to jeszcze raz, to pewnie wolelibyśmy sięgnąć po coś innego. Dzięki temu moglibyśmy zapomnieć, że gdzieś tam na świecie ta fikcja równie dobrze może być czyjąś codziennością.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Ane Riel, „Żywica”, Poznań, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2020 r.
Komentarze