„Boski znak” – recenzja

Recenzja książki „Boski znak”
Krzysztof Bochus nie zwalnia tempa, znów wykorzystując w swojej powieści bogatą historię Polski. Emocje, pościgi, porwania i tajemnice gwarantowane.

Obszar Polski kryje jeszcze wiele zagadek i nieodkrytych miejsc. Nasza trudna, pełna wojen i zmian granic historia jest inspiracją do powstawania legend, a te z kolei są chętnie wykorzystywane przez poszukiwaczy skarbów. Zamek Czocha jest jednym z miejsc, które rozpala wyobraźnię wszystkich fascynatów historycznych tajemnic. Wystarczy wspomnieć, że w zamku zlokalizowano około trzydziestu tajnych przejść, z których zbadano jedynie dwanaście. Co kryje reszta? Mam nadzieję, że jeszcze się przekonamy, ale do tej pory możemy tylko gdybać. Nie dziwi mnie zatem, że Krzysztof Bochus wykorzystał tajemniczy zamek Czocha, by przedstawić kolejne losy redaktora Adama Berga.

Po wydarzeniach z „Listy Lucyfera” Adam Berg otrzymuje nowe zlecenie. Grupa miliarderów zleca mu misję odnalezienia skarbów ukrytych na zamku Czocha. Dziennikarz rozpoczyna reporterskie śledztwo, ale jednocześnie wpada w kłopoty. Ktoś podąża za nim krok w krok, a do tego wydaje się, że naśladowca Lucyfera znowu rozpoczyna swoje krwawe dzieło. Życie Berga i jego bliskich jest zagrożone. Dziennikarz w końcu zaczyna łączyć fakty. Kto w rzeczywistości jest jego największym wrogiem?

Krzysztof Bochus z maestrią łączy fakty historyczne z literacką fikcją. Poprzez książkę typowo rozrywkową edukuje i zaszczepia w czytelniku ziarno ciekawości historycznej. Muszę przyznać, że  o ile o zamku Czocha słyszałam, to nie miałam pojęcia o słynnej zastawie Kelchów, czy zaginionych jajach Fabergé. Poza tym wprowadzenie do książki kilku wydarzeń z ostatnich lat, dodaje tej pozycji autentyczności.

„Boski znak” czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Nie ma chwili oddechu, akcja pędzi, nie pozwalając nam na chwilę znudzenia. Bohaterowie w sytuacjach krytycznych podejmują ryzyko, sprawdzając granice swojej wytrzymałości i pokłady szczęścia. Oczywiście można przyczepić się do tego, że Adam Berg jest praktycznie niezniszczalny, czym upodabnia się do bohaterów z amerykańskich filmów sensacyjnych, ale wystarczy przyjąć to do wiadomości, by bez przeszkód emocjonować się jego kolejnymi perypetiami. Żałuję, że nie czytałam pierwszej części tego cyklu, ale nie jest to konieczność, ponieważ „Boski znak” stanowi odrębną historię. Oczywiście w  treści można znaleźć wiele odniesień do „Listy Lucyfera”, ale nie wpływa to na ostateczny odbiór kontynuacji.

To, że Krzysztof Bochus jest pasjonatem historii, czuje się na każdej stronie tej książki. Autor świetnie operuje słowem pisanym, co uprzyjemnia lekturę. Z treści wyziera również pewna nostalgia i żal za utraconymi dziełami sztuki. Polska została wielokrotnie ograbiona, a nasze skarby narodowe bezpowrotnie zniknęły w wojennej zawierusze. Mam nadzieję, że Adam Berg będzie miał jeszcze wielokrotnie szansę, by wziąć udział w poszukiwaniach zaginionych  precjozów. Chętnie o tym przeczytam, a tymczasem zapraszam was na zamek Czocha. Będzie się działo!

Anna Wasyliszyn
(anna.wasyliszyn@dlalejdis.pl)

Krzysztof Bochus, „Boski znak”, Wydawnictwo Skarpa Warszawska, Warszawa, 2024.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat