Przeczytałam opis na okładce: „Romantyczna opowieść o zauroczeniu, pożądaniu i rodzącej się miłości…” Pomyślałam: Świetnie! Lubię to! Zdziwił mnie tylko fakt tego, że taka wielka romantyczna historia została zamknięta dokładnie w 80 stronach. Tak mało? Trochę dziwne. Jednak już po chwili wiedziałam, że to jedyny plus tej książki. Czytając książkę Anny Kekus pt. „Przeklęte korki” doszłam tylko do jednego wniosku: to było najgorzej spędzone 1,5 godziny w ostatnim czasie.
Historia napisana przez Annę Kekus ma być rzekomo romantyczną opowieścią o zauroczeniu, pożądaniu i rodzącej się miłości między zupełnie obcymi ludźmi, którzy poznali się w korku. Jedno się zgadza: poznali się w korku. Reszty nie dostrzegłam. Książkowa Zuza to 28-letnia analityczka finansowa w laboratorium medycznym. Do Stanów Zjednoczonych przybyła wraz z matką, po śmierci swojego ojca. Dziewczyna nie szuka miłości, ponieważ kilkukrotnie zawiodła się na mężczyznach, dlatego woli odpocząć od związków. Natomiast Maks to 30-latek, mieszkający na stałe w Brazylii, który do Chicago przyjeżdża na konsultacje finansowe firmy swojego ojczyma. Mężczyzna jest typowym podrywaczem, traktujący każdą kobietę jak wyzwanie. Pewnego dnia Zuza i Maks poznają się, stojąc w korku. Między dwojgiem błyskawicznie nawiązuje się nić porozumienia. W związku z tym, iż momentalnie zaczyna między nimi iskrzyć - Zuza i Maks postanawiają nie czekać na rozwój sytuacji, dlatego biorą sprawy w swoje ręce. I to byłoby na tyle.
Odczuwam wielkie rozczarowanie po tej lekturze. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. „Przeklęte korki” według mnie nie są niczym innym, jak krótką, banalną, a wręcz infantylną opowiastką, która w żadnym wypadku nie jest romantyczna. Bo czy romantyzmem można nazwać teksty w stylu: „Zuza kurna, miej litość (…) paradujesz po mieszkaniu w seksownej koszulce” albo „Masz świetną pupcię!” albo „Natknęła się na jego nabrzmiałą męskość i pieściła ją przez bokserki”? Co romantycznego jest w takich opisach? Jak dla mnie są to teksty niczym z taniego harlequina kupionego w kiosku na przystanku autobusowym. Erotyczne opisy zbliżeń bohaterów są bez smaku, bez gustu, miałam wrażenie, że zostały napisane przez jakąś nastolatkę, która namiętnie zaczytywała się w gazetkach młodzieżowych.
Zawsze oczekuję od książki portretów psychologicznych bohaterów, odkrywania ich charakterów, zagłębiania się w nich. Tutaj w sumie nawet nie było miejsca na te elementy, bowiem autorka skupiła się na czymś zupełnie innym. Kompletnie nie zgadzam się także z kolejnymi słowami, które widnieją na okładce książki: „Autorka prowadzi narrację tak, że czytelnik z zaciekawieniem oczekuje happy endu”. Od początku w zasadzie było wiadome jak Anna Kekus rozegra tę krótką historię, trudno też wyczekiwać z zaciekawieniem końca, skoro te 1,5 godziny były dla mnie istną męczarnią.
Zastanawiam się tylko nad jednym: wiem, że są różne gusta literackie, każdy z nas lubi inne książki, każdemu z nas co innego odpowiada. Nie wiem natomiast, komu „Przeklęte korki” polecić. Młodzieży? Nie bardzo ze względu na erotyczne opisy. Dojrzałym kobietom? Może któraś z was lubi takie opowiastki, zatem przy porannym śniadaniu czy w relaksującej kąpieli możecie pofantazjować wraz z Zuzą i Maksem. Ja chyba wolę poczytać coś innego.
Joanna Sieg
(joanna.sieg@dlalejdis.pl)
Anna Kekus, „Przeklęte korki”, Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2012
Komentarze