Czystym zbiegiem okoliczności, w krótkim odstępie czasu, przeczytałam trzy książki, w których ofiary zostają odnalezione w jeziorze (pozostałe to „Mroczne jezioro” i „Nikomu nie powiem”). Z tej przypadkowej trylogii powieść Melindy Leigh najbardziej przypadła mi do gustu.
Lektura „Kości nie kłamią” była moim pierwszym spotkaniem z serią o Morgan Dane, byłej pani prokurator prowadzącej własną praktykę prawniczą i pomagającej w śledztwach dwóm prywatnym detektywom. Młodszy z nich Lance Kruger jako dziesięciolatek został wzięty pod skrzydła policjanta Lincolna Sharpa. Gdy dorósł, postanowił wstąpić do akademii, a następnie zasilił szeregi biura mentora. W poprzednich częściach Morgan i Lance najwyraźniej zbliżyli się do siebie, więc na tym etapie ich wspólnej historii mówimy o przyjacielskiej relacji zawodowej, relacji pararodzinnej i dojrzałym, niebuchającym żarem w oczy czytelnika, związku. Jasność i stabilność tych więzi z miejsca zasługuje na plus.
Punktem wyjścia trzeciego tomu jest wyciągnięcie z zamarzniętego jeziora wraku samochodu z zamkniętym w bagażniku ludzkim szkieletem. Zdarzenie to cofa nas o 23 lata do niewyjaśnionej sprawy zaginięcia ojca Lance’a. W detektywie ożywa długo tłumiona iskra nadziei na poznanie prawdy. Sprawa wbrew pozorom nie będzie taka prosta, auto należało do Krugera seniora, ale rzut oka na tytułowe kości pozwala stwierdzić, że należą do kobiety. Ustalenie jej tożsamości umożliwia podążanie świeżym tropem, jednak (niedoszli) świadkowie giną jeden po drugim. Na domiar złego ktoś prześladuje Morgan Dane, która zaczyna obawiać się o bezpieczeństwo swojej rodziny.
Trudny do określenia balans pomiędzy namacalnym zagrożeniem podkreślanym w rozdziałach pisanych z perspektywy mordercy a familiarnością głównych bohaterów i drugoplanowych, zawsze gotowych do pomocy postaci skłonił mnie do określenia książki Melindy Leigh mianem „niedzielnego kryminału”. Teoretycznie dajemy się wciągnąć w intrygę, chociaż nie ma tu typowej puli podejrzanych, a usuwanie kolejnych osób tuż przed tym, jak wyjawią sekrety, z czasem nieco trąci przewidywalnością. Praktycznie cały czas zdajemy sobie sprawę, że ci dobrzy i tak wyjdą cało z każdej opresji.
Klimatycznie „Kości nie kłamią” przypomina mi starsze seriale, w których twórca ścieżki dźwiękowej nadużywał saksofonu. Owszem, akcja potrafiła do pewnego stopnia wciągnąć, jednak gdzieś tam z tyłu głowy doskonale wiedzieliśmy, że nie, to niemożliwe, żeby tak odpowiedzialny, sympatyczny, może trochę staromodny protagonista pożegnał się z życiem, zanim uda mu się schwytać złoczyńcę. Tacy właśnie są Morgan, Lance i Sharp, szczególnie ten ostatni znany z troski o dietę bliskich i chęci do tarmoszenia przesłuchiwanego za kołnierz.
Książka Melindy Leigh stanowi specyficzną mieszankę „oldschoolu” i powieści z dreszczykiem, dostarczając niezobowiązującej rozrywki na jeden wieczór. Nie jest to pozycja wybitna, ale z pewnością przyjemna i nieco inna od typowych przedstawicieli gatunku. Dodatkową zaletą była dla mnie spora porcja wyobrażonego śniegu rekompensująca jego brak za oknem.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Melinda Leigh, „Kości nie kłamią”, Gliwice, Wydawnictwo Editio Black, 2020 r.
Komentarze