Miłość do drugiej osoby to piękne uczucie. Sprawia że rozkwitamy, nasze życie nabiera blasku, a cały świat zdaje się nam jawić w jaśniejszych kolorach. To miłość jest siłą napędową naszych działań, pozwala nam się podźwignąć z rozpaczy i ruszyć do przodu z godną podziwu determinacją. Niestety, choć piszę to ze smutkiem, nie zawsze przychodzi ona do nas w odpowiednim momencie. Czasem spada na nas zupełnie nieoczekiwanie, w chwili, gdy nie jesteśmy jeszcze na nią gotowi, przez co nasze zachowanie nie jest do końca takie, jak powinno być. Czy w takiej sytuacji możemy liczyć na to, że uczucie, które nas spotkało, będzie miało szczęśliwy finał?
Bee i Noah byli przyjaciółmi od najmłodszych lat, niestety ich drogi rozeszły się, gdy chłopiec przeprowadził się do innego miasta. Mija kilka lat i do Kalifornii wraca już nie dziecko, a młody mężczyzna obarczony bagażem trudnych doświadczeń. O pierwszym spotkaniu po latach dwójki bohaterów mieliśmy okazję przeczytać w „Let me know”, powieści otwierającej dylogię Zuzanny Wólczyńskiej. Niestety wydarzenia, które stały się ich udziałem, zmusiły tę dwójkę do ponownego rozstania. Okazuje się jednak, że Bee i Noah nie mogą bez siebie żyć. Po upływie jakiegoś czasu znów nawiązują relację, która jest zarówno piękna i pełna uniesień, jak i burzliwa. Tego jak dokładnie wyglądała dowiemy się z drugiej części – „Let me love you”.
Przyznam, że od samego początku czytałam tę powieść z drżeniem serca. Choć na wstępie tak naprawdę niewiele się dzieje, od pierwszych stron odczuwałam nieokreślony niepokój, który narastał w miarę lektury. Doszło do tego, że bałam się czytać, przerażona tym co może się wydarzyć. Czy słusznie? Hmm… Zdradzę Wam, że piszę tę recenzję z ogromnym trudem, gdyż jestem przepełniona emocjami, które chciałabym teraz wykrzyczeć, a czego niestety nie mogę zrobić, gdyż mogłabym popsuć wam całą zabawę. Faktem jest, że ta powieść mną wstrząsnęła, wywołała poczucie niesprawiedliwości i taki wewnętrzny żal, który długo nie mógł znaleźć ukojenia. Autorka w uwagach końcowych zwraca uwagę, iż życie pisze różne scenariusze i nawet jeśli w danym momencie życia nie jesteśmy z niego zadowoleni, musimy być dobrej myśli, że nasz los w końcu się odmieni. To prawda, w pełni się z tym zgadzam. Myślę, że nie możemy się poddawać nawet w najczarniejszej godzinie naszego życia, gdyż za pewien czas, który w danym momencie może nam się wydawać wiecznością, zza ciemnych chmur w końcu wyjrzy słońce. Muszę jednak zaznaczyć, że nie zgadzam się decyzją głównej bohaterki. Choć rozumiem jej tok myślenia, wydaje mi się, że postąpiła zbyt emocjonalnie. Wiem, łatwo mi tak mówić z poziomu kanapy, jednak mam wrażenie, że ja dokonałabym innego wyboru. Oczywiście, każdy z nas kieruje się w życiu innymi wartościami i wpływają na nas inne doświadczenia, dlatego też jestem zdania, że tego typu sprawy są bardzo indywidualną kwestią.
Muszę przyznać, że historia opowiedziana na kartach powieści „Let me love you” wciąż nie może mi wyjść z głowy. Uczucie między głównymi bohaterami jest tak namacalne, że bez problemu da się je wyczuć po drugiej stronie papieru. Szarpią duszę czytelnika, doprowadzając go do rozstroju nerwowego. W książce znajdujemy też liczne odniesienia do klasyki literatury – „Małego księcia”, którego fragmenty autorka odnosi do relacji Bee i Noah.
Jestem pełna podziwu dla pióra autorki, która potrafi wzbudzić w odbiorcy tyle emocji. Wróżę jej sukces i uznanie na rynku czytelniczym. Z niecierpliwością będę wyglądać jej kolejnej powieści przekonana o tym, że dostarczy mi wielu wrażeń.
Katarzyna Jabłońska
(katarzyna.jablonska@dlalejdis.pl)
Zuzanna Wólczyńska, „Let me love you”, Wydawnictwo Jaguar, 2024.
Komentarze