„Piąta Aleja. Piąta rano” - recenzja

Recenzja książki „Piąta Aleja. Piąta rano”.
„Jakim cudem udało się go nakręcić?”

Czy książka o jednym, kultowym już dziś, filmie może się spodobać czytelnikom? Z pewnością, nawet jeśli film jest amerykański, a jednocześnie  został nagrany więcej niż pół wieku temu. A już na pewno jeśli jest to „Śniadanie u Tiffany’ego”. Film, który zmienił życie nie tylko osób, które przy tym filmie pracowały, ale przede wszystkim kobiet, które chciały być takie jak ona. Takie, jak ta chuda tancerka o zbyt wielkich stopach i kościstych ramionach. Chciały być jak Hepburn. Nie, nie Kathrine. Chciały być jak Audrey Hepburn.

Zanim w 1960 na jesieni na Piątej Alei w Nowym Jorku rozpoczną się zdjęcia, na scenie pojawia się Truman Capote, którego powieść została zekranizowana, choć z dużymi zmianami. Bo amerykańskie społeczeństwo, mocno patriarchalne i skupione głównie na cnotliwości amerykańskich kobiet, nie było gotowe na niektóre sceny. I nie, nie takie, o jakich myślicie. Chodzi raczej o samodzielność głównej bohaterki, a dokładniej przejmowanie inicjatywy w kontaktach z mężczyznami. Oraz fakt, że nie chciała dać się podporządkować męskiej wizji świata. To było źle widziane. To mogło spowodować, że ówczesna cenzura, która dopuszczała filmy do emisji lub nie, tej historii nawet by nie dopuściła do etapu zdjęć.

Potem jest studio filmowe i niemal niekończące się negocjacje. Oczywiście możemy być wdzięczni pewnej znanej łowczyni talentów, która odkryła Audrey Hepburn dla swojej produkcji. Młodziutka, była tancerka, która miała za sobą całkiem udany debiut fabularny w „Rzymskich wakacjach”, miała w sobie to „coś”, ale… Nie do końca wyglądała jak wymarzona młoda kobieta, która wywrze taki wpływ na młode kobiety. A to właśnie jej Holly Golightly dokonała prawdziwej rewolucji w zachowaniach i mentalności amerykańskich kobiet. Ba, nawet Hollywood nie był gotowy na taką rewolucję, którą należało przeprowadzić krok po kroku, czasem naginając prawo, a czasem zręcznie oszukując producentów i studio.

Cała książka jest pełna smaczków, związanych z trudnościami, jakie towarzyszyły tej produkcji. Ciekawe są sceny, kiedy Audrey Hepburn musi znaleźć dla siebie sukienkę do filmu. Robi to u znanego projektanta, który nie ma dla niej czasu, ale wybór gotowej sukienki skutkuje dalszą współpracą. Będzie o kłótniach Billy’ego Wildera i z autorem scenariusza, i ze studiem, które podjęło się realizacji filmu. Polscy czytelnicy poznają także tajemniczą panią, która decydowała o ważnych filmach. To jej zdanie oznaczało, że film powstanie albo nie. „Śniadanie…” powstało i nieźle namieszało, nie tylko w życiu Audrey Hebpburn, ale to już inna historia.

Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)

Sam Wasson „Piąta Aleja. Piąta rano”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat