Podejmując się przyjęcia posady nauczycielki języka angielskiego w owianej „legendami” Korei Północnej, autorka książki „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit” wiedziała, że będzie to niezapomniane i nie dające się z niczym porównać doświadczenie. Ale rzeczy, które tam zobaczyła oraz emocje, które stały się jej udziałem, przeszły jej najśmielsze oczekiwania. I trudno się dziwić. Trafiła w końcu do miejsca, w którym jej pierwszą wizę wjazdową stemplowało aż 35 agencji rządowych, a od obywatela wymagane jest ślepe posłuszeństwo władzy. Przebywała w kraju, w którym znajduje się ponad 35 tysięcy pomników wielkich przywódców: Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila oraz Kim Dzong Una. Spędziła sześć miesięcy na terytorium, w którym dozwoloną religią jest oddawanie boskiej czci najwybitniejszym zwierzchnikom państwa, prąd jest za darmo, dżinsy zakazane, buntownicy lądują w obozach pracy, a elitarna młodzież stoi nocami wiele godzin na mrozie, pełniąc wartę w służbie narodu.
Jak to jest uczyć na terenie, który odcina się od demokratycznego świata, hołduje ideologii samowystarczalności, tępi inne od obowiązującego schematy myślenia oraz indywidualność – zdradza Suki Kim, mieszkająca w USA dziennikarka i pisarka, która miała okazję „podejrzeć” życie elitarnej młodzieży w Korei. Jako nauczycielka Uniwersytetu Naukowo – Technicznego w Pjongjangu towarzyszyła tamtejszym studentom, synom północnokoreańskich prominentów w ich codzienności - jadała z nimi posiłki na jednej stołówce, marzła razem z nimi w nieogrzewanych pomieszczeniach, obserwowała jak grają w piłkę, chorują, tęsknią za rodzinami, od których zostali odłączeni, usprawniają swój angielski, rywalizują o najlepsze wyniki z egzaminów itp.
Przynależność do grona pedagogicznego ściśle nadzorowanej przez państwo totalitarne uczelni nie była łatwa. Uczniowie Suki Kim nie rozumieli słowa: „ekskluzywny”, „podatki’, „reklama”, nie słyszeli o brytyjskiej rodzinie królewskiej, o facebooku, dziwiła ich też np. koncepcja adopcji. Wspaniale pracowali w grupach, nie wykazywali jednak żadnej indywidualnej aktywności, a nie wyznaczeni nie zgłaszali się w ogóle do odpowiedzi. Od małego wpajano im przeświadczenie o wyższości Korei Północnej nad innymi państwami. Byli więc przekonani, że o nauce ich języka ojczystego marzy się w wielu miejscach, koreańska drużyna piłkarska jest mistrzem świata, ich łuk triumfalny jest największy na kuli ziemskiej oraz że nigdzie indziej nie ma wspanialszego parku rozrywki niż ten, który istnieje w granicach państwa, które zamieszkują.
Jednym z najtrudniejszych wyzwań w przyswajaniu języka angielskiego, przed jakimi stanęli uczniowie autorki książki była nauka pisania esejów. Zachęcano ich bowiem do wyrażania i przekonywania innych do swojego zdania, analizowania danego zagadnienia i komentowania rzeczywistości – młodych przedstawicieli narodu, w którym posiadanie własnych opinii jest karane śmiercią. Całkowita abstrakcja, nowość i poszerzenie nakierowanych na jednego wodza horyzontów.
Czym jeszcze zajmowali się synowie dygnitarzy partyjnych komunistycznego reżimu na co dzień? Czego wymaga od nich państwo? Co dziwiło, przestraszyło, smuciło, przyprawiało o refleksję Suki Kim w Korei? O tym wszystkim poczytacie w jej literackim pamiętniku – reportażu. Znajdziecie tam autentyczne dialogi, opisy typowych dni koreańskiej „młodzieży ze świecznika” oraz rzeczywistość jak z orwellowskiej powieści, która w XXI wieku, mimo postępu i licznych apeli społeczności międzynarodowej o przestrzeganie praw człowieka i prawa jednostki do wolności, ma się zadziwiająco dobrze.
Iwona Trojan
(iwona.trojan@dlalejdis.pl)
Suki Kim: „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit”, Kraków, wydawnictwo Znak, 2015
Komentarze