„Rusałki, licha, kikimory” – recenzja

Recenzja książki „Rusałki, licha, kikimory”.
„Rusałki, licha, kikimory” Marty Krajewskiej to książka, która kroczy między światłem a cieniem jak nocny wiatr wśród drzew – niewidzialny, lecz niosący w sobie obietnicę czegoś pradawnego.

Krajewska, znana przede wszystkim z cyklu „Wilcza Dolina”, od lat zgłębia słowiańskie mity niczym etnograf o sercu poety. Z wykształcenia kulturoznawczyni, z zamiłowania opowiadaczka historii, które pachną ziemią, dymem i rosą. Jej twórczość wyrasta z fascynacji dawnymi wierzeniami, a jednocześnie jest jak pulsujący most między przeszłością a współczesnością – zbudowany z emocji, wyobraźni i ogromnej wiedzy.

Ta książka nie jest zwykłym kompendium o demonologii słowiańskiej. To raczej zielnik dusz, atlas ulotnych cieni, w którym każde stworzenie żyje własnym oddechem. Krajewska prowadzi czytelnika przez świat, gdzie rusałki tańczą jak odbicia księżyca na wodzie, a licha przemykają między pniami niczym dawno zapomniane myśli. Jej język jest pełen obrazów – barwnych jak hafty na ludowych opaskach i mrocznych jak dym z wygasającej watry. Autorka opisuje te istoty tak, jakby sama słyszała ich szept w nocnym lesie, jakby wracała z nimi do chat na rozstajach dróg.

Jedną z najciekawszych części książki są liczne ciekawostki o tym, jak demony przenikały do codziennego życia dawnych Słowian. Dowiadujemy się, dlaczego dziewczęta unikały kąpieli w jeziorach podczas Nocy Kupały – wierząc, że rusałki potrafią zwabić na dno słodkim, lecz śmiercionośnym śmiechem. Możemy zajrzeć do domostw, gdzie pod progiem zakopywano ostre narzędzia, by odstraszyć kikimory, istoty kapryśne jak zimowy wiatr i pracowite jak złośliwe duchy domowe. Krajewska pokazuje, że dawne wierzenia nie były jedynie ornamentem kultury – były jej kręgosłupem, rytmem życia, echem strachu i nadziei.

Struktura książki przypomina wędrówkę przez gęsty, wielowarstwowy las. Każdy rozdział jest jak polana o innej barwie – czasem migocząca baśniowym światłem, czasem pełna grozy, która wciska się między kartki jak chłód. Krajewska nie moralizuje i nie unowocześnia dawnych historii na siłę. Pozwala im mówić własnym głosem, jakby podawała czytelnikowi muszlę, w której wciąż szumi pradawny ocean wierzeń. Jej opisy bywają tak plastyczne, że łatwo zapomnieć o rzeczywistości – można niemal poczuć wilgotny chłód bagien, gdzie czai się utopiec, albo usłyszeć skrzydła strzyg niosące się nad polami spowitymi mgłą.

Warto podkreślić także szatę graficzną książki – ilustracje, drobiazgowe i tajemnicze, dopełniają obrazu świata, który balansuje między snem a jawą. To jedna z tych publikacji, które nie tylko się czyta, ale i ogląda z namysłem, jak starą księgę znalezioną na strychu pełnym zapomnianych historii.

„Rusałki, licha, kikimory” to książka dla tych, którzy pragną dotknąć czegoś pierwotnego, zanurzyć się w opowieści pachnącej leśnym mchem i dymem z paleniska. To przewodnik po świecie, w którym magia nie jest dekoracją, lecz oddechem ziemi. Jeśli chcesz, by literatura znów przemówiła do Ciebie jak szum wiatru w koronach drzew – sięgnij po tę książkę. Ona nie tylko przenosi w inne czasy. Ona uczy słuchać.

Joanna Sieg-Ulanowicz

Marta Krajewska, Rusałki, licha, kikimory, Wydawnictwo Kropka, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat