Krajewska, znana przede wszystkim z cyklu „Wilcza Dolina”, od lat zgłębia słowiańskie mity niczym etnograf o sercu poety. Z wykształcenia kulturoznawczyni, z zamiłowania opowiadaczka historii, które pachną ziemią, dymem i rosą. Jej twórczość wyrasta z fascynacji dawnymi wierzeniami, a jednocześnie jest jak pulsujący most między przeszłością a współczesnością – zbudowany z emocji, wyobraźni i ogromnej wiedzy.
Ta książka nie jest zwykłym kompendium o demonologii słowiańskiej. To raczej zielnik dusz, atlas ulotnych cieni, w którym każde stworzenie żyje własnym oddechem. Krajewska prowadzi czytelnika przez świat, gdzie rusałki tańczą jak odbicia księżyca na wodzie, a licha przemykają między pniami niczym dawno zapomniane myśli. Jej język jest pełen obrazów – barwnych jak hafty na ludowych opaskach i mrocznych jak dym z wygasającej watry. Autorka opisuje te istoty tak, jakby sama słyszała ich szept w nocnym lesie, jakby wracała z nimi do chat na rozstajach dróg.
Jedną z najciekawszych części książki są liczne ciekawostki o tym, jak demony przenikały do codziennego życia dawnych Słowian. Dowiadujemy się, dlaczego dziewczęta unikały kąpieli w jeziorach podczas Nocy Kupały – wierząc, że rusałki potrafią zwabić na dno słodkim, lecz śmiercionośnym śmiechem. Możemy zajrzeć do domostw, gdzie pod progiem zakopywano ostre narzędzia, by odstraszyć kikimory, istoty kapryśne jak zimowy wiatr i pracowite jak złośliwe duchy domowe. Krajewska pokazuje, że dawne wierzenia nie były jedynie ornamentem kultury – były jej kręgosłupem, rytmem życia, echem strachu i nadziei.
Struktura książki przypomina wędrówkę przez gęsty, wielowarstwowy las. Każdy rozdział jest jak polana o innej barwie – czasem migocząca baśniowym światłem, czasem pełna grozy, która wciska się między kartki jak chłód. Krajewska nie moralizuje i nie unowocześnia dawnych historii na siłę. Pozwala im mówić własnym głosem, jakby podawała czytelnikowi muszlę, w której wciąż szumi pradawny ocean wierzeń. Jej opisy bywają tak plastyczne, że łatwo zapomnieć o rzeczywistości – można niemal poczuć wilgotny chłód bagien, gdzie czai się utopiec, albo usłyszeć skrzydła strzyg niosące się nad polami spowitymi mgłą.
Warto podkreślić także szatę graficzną książki – ilustracje, drobiazgowe i tajemnicze, dopełniają obrazu świata, który balansuje między snem a jawą. To jedna z tych publikacji, które nie tylko się czyta, ale i ogląda z namysłem, jak starą księgę znalezioną na strychu pełnym zapomnianych historii.
„Rusałki, licha, kikimory” to książka dla tych, którzy pragną dotknąć czegoś pierwotnego, zanurzyć się w opowieści pachnącej leśnym mchem i dymem z paleniska. To przewodnik po świecie, w którym magia nie jest dekoracją, lecz oddechem ziemi. Jeśli chcesz, by literatura znów przemówiła do Ciebie jak szum wiatru w koronach drzew – sięgnij po tę książkę. Ona nie tylko przenosi w inne czasy. Ona uczy słuchać.
Joanna Sieg-Ulanowicz
Marta Krajewska, Rusałki, licha, kikimory, Wydawnictwo Kropka, 2025.
Komentarze