„Uciec z Wysp Owczych” – recenzja

Recenzja książki „Uciec z Wysp Owczych”.
Czasem morza szum i ptaków śpiew to za mało.

Generalnie, kiedy sięgamy po literaturę podróżniczą, nastawiamy się na pozytywny obraz danego miejsca i tekst, który z założenia ma nas dosłownie i w przenośni wyrwać z kapci, rzucając w szeroki świat. Recenzowana dziś książka jest nietypowa z wielu względów, a pierwszym rzucającym się w oczy jest oczywiście fakt, jak została zatytułowana, czyli „Uciec z Wysp Owczych”.

Ucieczka kojarzy się z uciskiem, zagrożeniem, w najlepszym wypadku zmęczeniem i potrzebą nowości. Prawdę mówiąc, sama ostatnio staram się „uciekać” i coraz ostrożniej podchodzę do opartych na faktach książek, które obracają się w znajomej tematyce. Często kończy się na ciągłym porównywaniu, uczuciu deja vu i znużeniu, tym bardziej, jeśli przerwa między lekturami nie jest duża. Mniej więcej trzy miesiące temu pisałam o „Wyspach bardzo Owczych” Kingi Eysturland i, gdyby nie kreatywna nazwa reportażu Kuby Witka, prawdopodobnie ominęłaby mnie przyjemność jego przeczytania.

Byłby to wielki błąd, ponieważ „Uciec z Wysp Owczych” stanowi świetne uzupełnienie „Wysp…”. Dostarcza właśnie tego, czego u Eysturland (tu również gościnnie się pojawia) mi brakowało, czyli rozmów ze zwykłymi ludźmi na tematy nie czysto zawodowe. Znacznie bardziej wciągające są nietypowe historie życia rodowitych Farerów i imigrujących na wyspy Polaków, również te sięgające kilka pokoleń wstecz.

Kuba Witek oferuje nam również sporo legend, wieloaspektowe podejście do polowań na wieloryby, a także szerszy rys historyczny archipelagu, pokazując, że dla Farerów czasy wojen niekoniecznie były koszmarem, z którego chcieli się obudzić. Pod koniec tekstu jest za to przytoczona dość absurdalny wątek dramatycznej eskalacji konfliktu miedzy dwoma lekarzami – to mogło się wydarzyć chyba tylko na Føroyar. Sporo miejsca poświęcono kwestii pandemii i tego, jak jej wybuch postawił pytanie, gdzie w i tak już sprzyjających odosobnieniu warunkach wyspiarskich kończy się izolacja z wyboru, a zaczyna wymuszona samotność.

Treść bywa trochę chaotyczna i mimo podzielenia na rozdziały przypominać może bardziej potok myśli niż usystematyzowaną relację. Niemniej, jasno zaznaczony jest punkt wyjścia i zasygnalizowany na okładce finał prawie dwuletnich wojaży autora, a gawędziarski styl nie zmienia faktu, iż same informacje przekazywane są w przystępny i ciekawy sposób. Jak na porządną książkę podróżniczą przystało, nie zabrakło również pięknych, kolorowych zdjęć i czarno-białych reprodukcji. Intensywny zapach druku zdecydowanie ułatwia puszczenie wodzy fantazji i przeniesienie się myślami na zieloną łąkę, na której leniwie pasą się owce, czy też w sam środek szalejącego sztormu.

Podsumowując, „Uciec z Wysp Owczych” to mała (zaledwie 230 stron) wielka książka o zdecydowanie specyficznych ludziach i wyspach. Co więcej, jak dowiadujemy się z okładki, jest ona zaledwie „częścią multimedialnego projektu i jej treść została wzbogacona o filmy i serię mini dokumentów autora”. Na stronie kubawitek.com można znaleźć odnośniki do „Razem w izolacji” i „Faroe Way: Sztuka przetrwania na Wyspach Owczych” i już dodałam je do mojej filmowej listy oczekujących.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Kuba Witek, „Uciec z Wysp Owczych”, Wydawnictwo Bezdroża, Gliwice, 2023r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat