„Żółty sweterek” przyciąga okładką. Piękna, młoda kobieta na tle wysokich wieżowców amerykańskiej metropolii sprawia, że trudno przenieść swoje spojrzenie gdzieś dalej. Czytelnik bez wątpienia czuje się zaproszony do lektury i skuszony, by zagłębić się w jej treść. Czy warto? To zależy od indywidualnego gustu. Jednym pewnie spodoba się prosta fabuła i kalejdoskopowe „przeskakiwanie” z miasta do miasta, dzięki czemu w bardzo krótkim czasie można zapoznać się z zawartością całej książki. Inni zarzucą pewnie „Żółtemu sweterkowi” zaczerpnięcie opisów zabytków z Wikipedii, oszczędność szczegółów i schowanie dziewczyny w żółtym elemencie garderoby w tle, choć to ona miała być główną bohaterką.
Jacek Bukowiecki przenosi nas dzięki swojej książce do Iraku, Stanów Zjednoczonych, Szkocji, Włoch, Francji, Austrii, na Węgry. Odwiedzamy razem z nim różne światowe uczelnie, zabytki, plaże, restauracje, ale także i polskie góry. Poznajemy ludzi, którzy przyczyniali się do tego, że polskie małżeństwo naukowców miało szansę odbyć tyle podróży, którzy zapewniali im noclegi, wyżywienie, opiekę nad synkiem, ludzi, których interesowała Polska i Polacy. Oglądamy Europę i świat oczami robiącej karierę naukową pary, dzięki której wojażom mamy szansę przenieść się aż do roku 1976. Autor przypomina nam Polskę z czasów komunistycznych, ale doprowadza swoją relację do roku 2004, roku, w którym Polska stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej.
Co znajdziemy w „Żółtym sweterku”? Zarówno szarą prozę życia i problemy pracowników uczelni, jak i piękne krajobrazy, odwiedzanych przez bohaterów miejsc. Dopatrzymy się ludzkiej życzliwości i serdecznej gościnności, ale i zazdrości i braku chęci do działania. „Pokazuję mu, że samochód nie chce palić. Podnosimy maskę. Włoch ze znawstwem ogląda okolice silnika. – La pompa – diagnozuje. Bierze konewkę i szerokim strumieniem polewa bok silnika. Pokazuje mi, żebym zapalał. Próbuję. Silnik rzeczywiście odpala”. Odwiedzimy tłumnie oblegane zabytki, jak i kempingi ze spartańskimi warunkami. Przyglądamy się ludziom różnej narodowości: „Łozuk był dziwakiem, rozwodnikiem. W średnim wieku, typ egipskiego Araba z podłużną, gładko ogoloną głową. Kiedyś studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu, teraz chciał wznowić studia w Polsce”. Znajdziemy tu także sceny – perełki: „Sprzedawca wykręca sweter na różne strony, namawia do kupna. Mówimy, że piękny, ale dla nas za wysoka cena. Sprzedawca przygląda się nam badawczo. –Polacchi? – Potwierdzamy. – To będzie sconto za Solidarność. – I obniża nam cenę o połowę”.
Jeśli macie parę chwil wolnego czasu i lubicie włóczyć się po różnych okolicach „Żółty sweterek” jest na pewno dla was. Nie jest to doskonała książka i parę rzeczy można jej zarzucić, ale dzięki minimum słów, maksimum treści pozwala błyskawicznie zwiedzić kilkanaście miast. I za to właśnie stawiam jej plus.
Iwona Trojan
(iwona.trojan@dlalejdis.pl)
Jacek Bukowiecki, „Żółty sweterek”, Gdynia, Wydawnictwo Novae Res, 2015
Komentarze