„Zbrodnie odczytane z kości. Tajemnice antropologii sądowej” – recenzja

Recenzja książki „Zbrodnie odczytane z kości. Tajemnice antropologii sądowej”.
Czyli brodząc po kolana w ziemi i teorii.

Tematyka antropologii sądowej nie jest mi obca. Jej tajniki w brytyjskich, czy konkretniej szkockich, realiach przybliżała mi Sue Black w „Co mówią zwłoki” i  „Co mówią kości”. Kiedy więc zobaczyłam, że wreszcie ktoś pokusił się o napisanie książki osadzonej w polskiej rzeczywistości, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Moją ciekawość dodatkowo podsycała okładka i chwytliwy tytuł - „Zbrodnie odczytane z kości. Tajemnice antropologii sądowej”.

Oczekiwałam przede wszystkim licznych studiów przypadków, a dostałam… ogrom teorii i to na dodatek ciężkostrawnie podanej. Monika Głąbińska z pewnością dużo wie i chce się tym dzielić. Niestety, wyraźnie zabrakło przy pisaniu pomocy osoby lub osób, które po pierwsze dałyby autorce lepszy obraz poziomu wiedzy przeciętnego czytelnika, wliczając również tego zainteresowanego literaturą popularnonaukową. Edukacja z anatomii człowieka dla większości z nas zatrzymała się na poziomie szkoły średniej, a następnie z roku na roku popadała w coraz większe zapomnienie. W związku z tym nagła próba wtłoczenia do głowy maksymalnej dawki suchych informacji, włączając historię samej dziedziny, napotkać może jedynie coraz większy opór i znużenie.

Co więcej, sporą cześć wiadomości można było znacznie jaśniej przedstawić w postaci rysunków i schematów albo chociaż uzupełnić o zapadające w pamięci przykłady z życia. Ewentualnie okroić i przejść do tego, czego sami nie możemy znaleźć w Internecie. Skoro już o tym mowa, to nie wiem, może to jakaś nowa moda, której wejście przeoczyłam, ale umieszczenie kodów QR w tekście wydaje mi się komiczne. Może jestem w jakiejś ginącej mniejszości dinozaurów, ale nie po to rozpoczynam lekturę, aby w jej trakcie sięgać po telefon i rozkojarzyć się na dobre. Rozumiem, że Monice Głąbińskiej zależało na zareklamowaniu bloga, jednak takie kombinatorskie zmuszanie do zajrzenia odniosło u mnie odwrotny od zamierzonego skutek. Szkoda, tym bardziej, że case study dotyczące rekonstrukcji m.in. świętego Mikołaja wydawały się długo wyczekiwanym powiewem świeżości, wystarczyło tylko uzupełnić je zdjęciami, nie zakamuflowaną auto-promocją.

Jak wspomniałam wyżej, styl pozostawia wiele do życzenia i jest tak naszpikowany terminologią, że może sprawiać trudność nawet zaintrygowanym tematem czytelnikom. Jeśli chodzi o formę, całość jest przynajmniej uporządkowana i podzielona na dwanaście rozdziałów, wstęp, fikcyjną opinię biegłego antropologa sądowego, podziękowania i bibliografię. Wątek prywatny okrojony jest do wyboru ścieżki zawodowej i anegdoty o truchle lisa, a tytułowe zbrodnie można policzyć na palcach jednej ręki. Można więc powiedzieć, że to bardziej podręcznik z niewielkim bonusem niż reportaż.

Podsumowując, „Zbrodnie odczytane z kości…” zdecydowanie nie były tym, czego się spodziewałam i bardziej adekwatna byłaby zmiana tytułu na „Teoretyczne wprowadzenie do antropologii sądowej”. Niemniej, jeśli ktoś posiada już pewien zasób wiedzy anatomicznej, a ta książka będzie dla niego pierwszym zetknięciem z tą nietypową profesją, być może wyniesie z niej więcej. Osobiście, po tej frustrującej przeprawie, zapamiętałam jedynie, że nos jest takiej samej długości co małżowina uszna.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Monika Głąbińska, „Zbrodnie odczytane z kości. Tajemnice antropologii sądowej”, Wydawnictwo MUZA, Warszawa, 2023r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat